Muzyka

02 maja 2014

~Rozdział 47~

Boshhh, nawet nie wiecie jak za wami tęskniłam! ♥
Także tego....aby było krótko i zwięźle: myślałam, że po egzaminach nam trochę odpuszczą, ale nie, przecież  można by dać masę prace domowej i sześć wypracowań...ehhh mam tylko nadzieję, że już nigdy nie opuszczę was na tak długo :c Meeeega przepraszam za moją długą nieobecność...oraz..no prostu prostu kocham was moje aniołki. *-*

A rozdział dziś jest ze specjalną dedykacją (hehehe, tak wiem, ja też nie wierzę, że to piszę ^^ )....yhm... urodzinowo-mega-spóźnioną dedykacją. Tak Alice to dla Ciebie skarbie, jeśli to czytasz to wiedz, że jesteś najbardziej kochaną osóbką, jaką kiedykolwiek "poznałam" w internecie. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy, ale na tą chwilę życzę Ci ...(i zawsze ta krępująca chwila) duuużo Narrego, wielu opowiadań i wszystkiego co najlepsze zboczuchu;**

Cóż... to tyle, nie przedłużam,
Wasza Nicole xx.

"Przez łzy widziałam, jak chłopak siedzi zgarbiony na łóżku, dokładnie jak przed paroma minutami. Tępo wpatrywał się w zapisane strony, co jakiś czas je kartkując.(...)Zbiegałam po schodach, modląc się o uniknięcie jakichkolwiek upadków, czy choćby potknięć. (...) Nie przybrałam swojego celu, po prostu wiedziałam, że chcę być jak najdalej od chłopaka. (...)
-Jesteś.- Do moich uszu doszedł głos przepełniony bólem, ale i ulgą. (...)-Chcesz o tym pogadać? (...)
-Ta świadomość…. Wiesz jak to jest, kiedy w jednej sekundzie ktoś jest, a w drugiej już go nie ma. Ja…. Ja nawet nie zdążyłam mu podziękować Louis.-Poczułam napływające do oczu łzy.-Tyle dla mnie znaczył, a jednak nie usłyszał tego z moich ust…i..ni..nigdy nie usłyszy.-Szepnęłam, odczuwając słone kropelki na policzkach.-Był najważniejszą osobą w moim życiu, a nigdy się o tym nie dowiedział. Te..Teraz już jest za późno. (...)
[Chłopak]Niepewnie wyciągnął dłoń i położył na mojej. Następnie posunął ją wzdłuż linii szczęki, i zbliżając do warg, ucałował jej wewnętrzną część. (...)
- Możesz mi mówić LouLou.


-…Nie wiem, po prostu dziwnie!- wymamrotał Liam.
Wstrzymałam oddech, co niestety w słuchawce było dość dobrze słyszalne.
-P..powiedział wam coś? –wyszeptałam.
-Nie…- wolno odparł chłopak.- A powinien?- jego podejrzliwy ton sprowadził mnie na ziemię.
-Nie, nie! Oczywiście, że nie!- Zaśmiałam się nerwowo, wiedząc, że i tak brunet wyczuje moje kłamstwo.
Po drugiej stronie usłyszałam ciche odchrząknięcie.
-Nieważne.-Wyszeptałam, podnosząc się z parkowej ławki i podążając w stronę domu.
-Skoro nic nie mówił, to chyba nie było aż tak źle… znaczy… dziwnie.
-Asia, wrócił do domu o piątej nad ranem, nikogo nie słuchając zatrzasnął się w pokoju, zrzucił wszystko ze swojej półki, po czym wybiegł do Harry’ego! Ponadto regał do dziś stoi pusty, a on zabrania kłaść tam jakiekolwiek rzeczy! I Ty uważasz to za normalne?!
Kilka dni później…
-A więc.- Zaczęłam, wymachując nogami.-Za chwilę przyjdzie Alice.- Odchrząknęłam, rzucając wymowne spojrzenie w stronę blondyna.
Chłopak skomentował to tylko zabójczym wzrokiem, lecz po chwili odwrócił głowę, aby bezpiecznie włożyć babeczki do piekarnika. Udając, że poprzednie zdanie w ogóle go nie ruszyło, otrzepał ręce i fartuch z mąki, następnie wkładając brudne naczynia do zmywarki.
-Um… zawsze mogę wam załatwić jakąś chwilę prywatności.-uśmiechnęłam się pod nosem.
W odpowiedzi usłyszałam tylko westchnięcie.
-Wiesz, że tego nie chcę.- Odrzekł cicho.
-Dlaczego? Jak byś poprosił chłopaków, to oni może też wysili by się na nieco bardziej autentyczne zachowanie.
-Asia… nie chodzi o to. Doskonale widzisz, jak się przy niej zachowuję, jeszcze jak bym z nią zostać sam na sam; nie wydusiłbym ani słowa.
-To jest na swój sposób słodkie.- Zagruchotałam.- Wiesz, że ona lubi takich.-wyszczerzyłam się.
Niebieskooki tylko wypuścił głośno powietrze.
-A jeśli…
-Czy mi się tylko wydaje, czy czuję zapach babeczek?!- Do pomieszczenia wparował jak zwykle uśmiechnięty Louis.-A mówiłem, że dzień, w którym Niall zacznie gotować przy dziewczynie, uświadomi, że to ta jedyna.-Szepnął, wpatrując się w szybę piekarnika.
-Nie ciesz się tak, są kupne.-Mruknął przykucający obok bruneta Harry.
Zaśmiałam się cicho.
-No przynajmniej starał się chłopak.-Poklepałam skruszonego blondynka na pocieszenie.-A tak właściwie kiedy oni mają być? Podobno Alice przywiezie Sophie.- zmieniłam temat.
-Liam przyjeżdża po Rose, zaraz po tym jak skończy zajęcia, a potem jadą po Al. i Soph.- Odparł Louis.- A mała rzeczywiście ma być, nie wnikam, ale to chyba ma związek z jej siostrą.-wzdrygnął się.
-Nadal się nie obudziła?- Szepnęłam cicho, już żałując, że zaczęłam ten temat.
-Najwyraźniej nie.-wybełkotał.
Odchrząknęłam, nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć. Dwójka nadal wpatrywała się w piekące babeczki, zaś Niall szukał w szafkach kolorowych lukrów.
-Um… Jakie plany na dzisiejszy wieczór? -Starałam się skutecznie zmienić temat.
Lou wzruszył ramionami.
-Na basen jest za zimno. Pozostaje siedzenie na kanapie, objadanie się-Tu spojrzał wymownie na Niall’a.- Oraz oglądanie filmów.
-A wszystko to przeze mnie, bo powiedziałam, że nie lubię imprez i dużej ilości ludzi.-Fuknęłam.
-Ojj Asiu, wcale nie przez Ciebie.-Obdarował mnie tym samym spojrzeniem, co tydzień temu w moim pokoju.
Wzdrygnęłam się.
Jeśli mam być szczera, to na początku po przekroczeniu progu domu chłopaków, nie wiedziałam jak się zachowywać. Nie miałam pojęcia jak po naszym ostatnim spotkaniu zareaguje Tommo. A może i pozostała czwórka? Kto wie, komu jeszcze powiedział…
Jednak do tej pory nie spostrzegłam czegoś podejrzanego; nawet od samego Tomlinsona. Z jednej strony było to dość pocieszające, że chłopak nie „bierze mnie” na współczucie. Z drugiej, czułam pewien niedosyt. Louis w innym, a na dodatek przeciwnym obliczu  działał jak magnes. Ogh… naprawdę nie wierzę, że to mówię.
-Jasne.-Syknęłam.
-Oh tak? A myślisz, że na imprezę z mnóstwem alkoholu zaprosili byśmy kilkuletnie dziecko?- Przeniósł się na szafkę, gdzie oparł się jednym biodrem.
Nerwowo przeczesałam włosy. Brunet z tym swoim bezczelnym uśmieszkiem na twarzy, wiedział, że zachowuje się arogancko i świetnie to wykorzystywał.
-Co nie zmienia faktu, że wszystko zostało odwołane tylko i wyłącznie przez moją osobę.-Odrzekłam rzeczowo.
-To jeśli..- Harry go szturchnął.
-Daj jej spokój.-Szepnął, rzucając ostrzegawcze spojrzenie.
Mina Lou w jednej chwili złagodniała. Nie wiem co było tego przyczyną; fakt, że Styles chciał mu coś przekazać, czy raczej, że mówił to sam loczek.
Charakter Louisa zaczął mnie trochę przerażać. W jednej godzinie potrafi być niesamowicie tajemniczy, dziecinny, opiekuńczy, kpiący, chamski i wyniosły.
Komórka Niall’a zabrzęczała. Blondyn odetchnął z ulgą, że nie musi dłużej słuchać naszej wymiany zdań, jednocześnie siedząc w tym samym pomieszczeniu i czując się dość niezręcznie. Wzdychając cichutko, odebrał.
-Halo? – Twarz blondyna rozjaśniła się.-Dobrze Liam, czekamy.-Szybko odłożył telefon.
-Będą za niecałą godzinę.-Poinformował.
Wzdrygnęłam się.
Cała piątka nie miała sprawiać większego problemu, wyjątkiem był przyjeżdżający z nimi Zayn…
Dwie godziny później…
Stałam z Alice, opierając się o ścianę i patrząc na wspaniały rozciągający się przede mną widok. Liam przytrzymywał  Sohpie na stołku, podczas gdy Horan pomagał małej dekorować babeczki. Trudno było stwierdzić, czy więcej lukru lądowało właśnie tam, czy na ubraniach.
Odchrząknęłam.
-Bosh… oni tak uroczo wyglądają. Um.. Ale Nialler tylko jest wolny.-Spojrzałam na nią z ukosa.-Będzie świetnym ojcem.-Uśmiechnęłam się słabo, po chwili zdając sobie sprawę, że zamiast przekonać dziewczynę do niego, zabrzmiało to na moją niekorzyść.
Al. przeniosła na mnie wzrok z niemałym podekscytowaniem.
-Asia, Ty słyszysz, co Ty właśnie powiedziałaś!?- Pisnęła łapiąc mnie w ramiona.
Jedyne o czym marzyłam, to tylko przywalić sobie z otwartej dłoni w twarzy…
-Ja… tylko..um..
-Wiedziałam, że kiedyś w końcu…
-Alice…
-…W głębi serca zawsze…
-Alice!
-To jest takie słodkie…
-ALICE!
-Jak się zgodzicie to na wasz śl..
-A.L.I.C.E!!
Stojący z boku kuchni chłopcy odwrócili się w naszą stronę.
-Znowu to samo.-Wskazałam przepraszająco na brunetkę, podczas gdy ta spiorunowała mnie wzrokiem.
-Cała Suzette.- Usłyszałyśmy z boku charakterystyczną chrypkę.
-I Ty przeciwko mnie?- Wytknęła loczkowi.
Brunet podniósł  ręce w geście obronnym, już po chwili stojąc przy Sophie i pomagając jej dekorować babeczki.
-No Liam, Twój instynkt ojcowski zaczyna się poważnie rozwijać.- Mruknął do chłopaka.- Może macie nam z Rose coś do powiedzenia?- Parsknął, ledwie osłaniając się przed uderzeniem.
-Payne, nie wiedziałeś, że młodszych się nie bije, prawda Soph?- Nachylił się nad małą.
Dziewczynka najwyraźniej mało zainteresowania pytaniem kiwnęła twierdząco głową, po chwili powracając do tworzenia kolorowych wzorków.
-Co za idioci.- Westchnęłam.
-Dokładnie.-Skwitowała Alice.-Ej, ej, gdzie mi ją zabierasz?!- Dopiero po uświadomieniu sobie znaczenia  tych słów, dotarło do mnie, że czyjeś ręce delikatnie oplatają moje ciało od tyłu.
-Sekundka.- Naturalnie delikatny głos mógł należeć tylko do jednej osoby, którą był Louis.
Jednak jego ton miał inną barwę niż zwykle. Mniej więcej taką samą jaką słyszałam tydzień temu u mnie w domu…
Odwróciłam się, a ręce chłopaka powróciły na swoje miejsce. Posłałam mu pytające spojrzenie, a on wskazał na prawo.
-Chodź.
-Po co?- Będąc ani trochę mniej zdezorientowana ruszyłam za nim. Już myślałam, że z zabandażowaną nogą będę musiała wspinać się po schodach, jednak obawy znikły tak szybko jaki i się pojawiły.
Nie zmienia to faktu, że wciąż wydawała się podenerwowana. Tommo był osobą, którą najmniej spodziewałam się w tej chwili… no nie licząc mulata. Zresztą… w tym czasie nie spodziewałam się nie tylko Tomlinsona, jak nikogo. Chciałam tylko spokojnie móc porozmawiać z Alice.
Chłopak zniknął za ścianą po raz ostatni posyłając komuś szybkie spojrzenie; niestety nie byłam już w stanie zobaczyć, kto był ową osobą. Ten zwykły, a zarazem tajemniczy gest wprowadził u mnie dodatkowy niepokój.
Kiedy stanęliśmy, mój oddech przyspieszył. Byliśmy w pokoju, gdzie leżały wszystkie zbędne buty i płaszcze.
Przełknęłam głośno ślinę.
-P..Po co tu prz…
-Podwiń rękawy.
-Co?
-Słyszałaś.-Wziął delikatnie moją lewą dłoń.
-Ja.- Bezskutecznie próbowałam się wyrwać. -Lou.- Powiedziałam błagalnym tonem.
-Pokaż mi tylko nadgarstki.-Wyszeptał.
Przeczytał to.
Przeczytał kolejną tajemnicę z mojego pamiętnika.
Moja głupota przerosła wszystkie inne, żeby pisać wszystkie tajemnice po angielsku. Cóż… może każdego z was to zdziwić, ale po kilku miesiącach mieszkania w danym kraju automatycznie przyswajacie sobie ten drugi język. Zaczynacie nieświadomie…ehhh no mówić, to chyba nie jest zaskoczeniem, ale nawet śnić. Czytałam o tym na paru blogach, i szczerze mówiąc zaczynałam się martwić, że za kilka lat nie będę potrafiła złożyć prostego zdania po polsku.
-Po co Ci ten widok, doskona…- Nie dokończyłam, bo chłopak gwałtownie przybliżył swoją twarz do mojego ucha.
-Nie wiem jak Ci to wyjaśnić… ale czasem w życiu pewnych osób coś się zmienia, i zaczyna Ci na nich bardziej zależeć, niż myślisz. Zastanów się, dlaczego akurat Ty.
Nie wiem, co mam powiedzieć. Czy najpierw to, że gdyby nie silne ręce Tomlinsona, to dawno leżałabym rozłożona na posadzce, czy fakt, że do chwili obecnej stałam z wstrzymanym oddechem. 
Lou… co? Jak… ten…
Nie umiałam skleić poprawnie nawet jednego słowa. Mój mózg próbował przetworzyć słowa Louisa, aby określić ich znaczenie, lecz niestety- bezskutecznie.
Następne co zarejestrowałam, to oddalające się niebieskie oczy i uchodzące ze mnie powietrze. Z trudem przełknęłam ślinę.
-To nie jest skomplikowane, zresztą myślę, że już dawno to zauważałaś, ale sądząc po wpisach z pamiętnika- nie potrafiłaś pojąć.
Godzinę później…
Siedzieliśmy wszyscy na kanapie, rozmawiając głównie o rozpoczynającej się trasie koncertowej chłopaków. Chyba nie muszę wspominać, że słowa Louisa wciąż odbijały się echem po mojej głowie. On- dla odmiany sprawiał wrażenie do złudzenia obojętnego.
Usadowiony pomiędzy Liam’em a Harry’m chętnie włączał się do wspólnej konwersacji. Koło Daddy’ego miejsce zajęła jak wiadomo- Rose, która miękko spoczywała pod ramieniem bruneta. Na Stylesie, którego jedno kolano oplatało się z nogą Tomlinsona, siedziała Sophie, próbująca odpiąć guziki jego koszuli. Dla małej wydawało się to wspaniałym zajęciem, zaś jemu zbytnio to nie przeszkadzało sądząc po uśmiechach, jakimi co pewien czas była obdarowywana dziewczynka i sporadycznie- ja.
-Ale słodko wyglądają, co?- Blondyn trącił mnie łokciem, wskazując na Lose.
Przygryzłam wargę.
-Ty też tak będziesz niedługo z…- Nie zdążyłam, bo blondyn skutecznie zatkał moje usta dłonią.
Mimowolnie się uśmiechnęłam.
-Mogła usłyszeć.-Odrzekł z wyrzutem, zniżając głos.
-Tym lepiej.-Wybełkotałam odsłaniając sobie rękę chłopaka.
 Prychnął w odpowiedzi.
-Mieliście ostatnio jakiś kontakt z Nicole?- zapytałam trochę głośniej, próbując zmienić temat.
Liam energicznie przełknął łyk herbaty. Niall spiął się, co poczułam przy owijającym mnie ramieniu. Louis przerwał zawziętą konwersację z chłopakami. Hazz, jako, że trzymał małą Sophie na kolanach, jako jedyny nie przerwał poprzednich czynności, choć mogłam przysiąc, że przez sekundę na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
Dyskretnie oglądając się w stronę mulata i Alice, postrzegłam jedynie lekko odwróconą głowę u dziewczyny i przygryzioną wargę u Zayn’a.
Powiedziałam coś nie tak?
W efekcie końcowym Payne zaczął się krztusić, na co jego dziewczyna klepała go po plecach.
-Um…. Jakoś ostatnio… straciliśmy z nią kontakt.-Wymamrotał Niall, nieco plącząc się w słowach.
Okay… rozumiem, żeby Horan pałał do niej jakąś nienawiścią, (choć nadal nie wiem za co) ale… reszta? Ominęło mnie coś?
Ostatnio widziałam ją ponad miesiąc temu na urodzinach Niallera, ale atmosfera wokół niej wydawała się w miarę normalna.
Alice odchrząknęła.
-Pójdę ogarnąć trochę kuchnię.-Wstała, w wyniku czego automatycznie zrobił to Malik.
-Świetnie, idę z Tobą.-Powiedziałam z przesadną uprzejmością. Obecność mulata w tamtej chwili wydawała się pestką, zresztą w przeciwieństwie do niego- na te słowa w jego oczach dostrzegłam… strach?
-Nie, nie, nie, Ty zostajesz.-Blondyn usadził mnie z powrotem.
-Świetnie, w takim razie Ty idziesz.-Odgryzłam się, wiedząc jak działa na chłopaka obecność brunetki.
Wzdrygnął się, i posyłając ostatnie spojrzenie ruszył w stronę kuchni.
-Jak tam w nowej szkole?- Liam rozpoczął temat, skupiając na mnie spojrzenie.
-Um…- Podkuliłam nogi pod brodę.-Dobrze… tak myślę.-wymamrotałam, zauważając kątem oka, że Lou poruszył się niespokojnie.
No tak… przecież on wiedział.
Jednak nawet Payne zauważył (bądź już się dowiedział od Tomlinsona), iż coś jest nie tak, ale na szczęście nie naciskał. Cóż, może po prostu chciał przerwać panującą ciszę, a jego dobór pytania był przypadkowy?
Wpół siedząca koło Daddy’ego Rose przymknęła oczy, powoli osuwając się wzdłuż jego ramienia.
-Kochanie?- Rzekł cicho brunet, na co Florencis lekko się uśmiechnęła.
-Chyba ktoś tu przysypia.-Pocałował ją w czoło, po czym zwrócił się do nas.-Zabiorę ją na górę.
Kiwnęłam głową, zaś Louis odprowadził tamtą dwójkę ze złośliwymi docinkami.
Ziewnęłam, wiedząc, że i niedługo ja pójdę w ślady blondynki.
-No wiesz co, nawet Sophie jeszcze ma siłę na co najmniej najbliższą godzinę.-Parsknął Lou.
Prychnęłam.
-Um… A …-odchrząknął, a mój organizm się nieco rozbudził słysząc niepewność w jego głosie.
Uniosłam głowę, marszcząc przy tym lekko nos.

-Słucham.
-Co do tej….- Nerwowo potarł ręce.-…szkoły… to.. m..może nie chciałbyś być gdzieś przeniesiona.
Okay… starałam się pominąć wszelkie zaskoczenie związane z jego opiekuńczością wobec mnie, ale do cholery jasnej obok siedział Harry!
Harry- który nic nie wiedział!
Harry- Który nie mógł się dowiedzieć!
W tej chwili każde słowo Tomlinsona zdradzało wszystko! Wystarczy, że on już wiedział i była to o jedną osobę za dużo.
Spojrzałam na niego zszokowana i podirytowana, próbując uporządkować wirujące w mojej głowie uczucia.
Spokojnie, tylko spokojnie…
-Ja… myślę, że… jednak powinnaś komuś o tym powiedzieć. Nie zrobiłabyś tego dla mnie, ale…
Zacisnęłam powieki.
PRZESTAŃ, PROSZĘ PRZESTAŃ!
-Chcę… na pewno my byśmy chcieli, żebyś była szczęśliwa… a przeszłość…
Może jeszcze zaczniesz recytować cały mój pamiętnik od początku?!
-Te wszystkie…- przełknął ślinę…- Rany… proszę nie rób tego więcej. Uczucie zanikającego bólu mija, ale blizny są na całe życie.
Harry!
Harry tu jest!
On też tu siedzi!
Nie widzisz?!
Też słyszy?!
 Przecież ja mu nigdy w oczy nie spojrzę, tak samo jak i Tobie!

-Wiem, że Ci trudno… po ich stracie.-Szeptał, gdy pod moimi powiekami zbierały się łzy.
Byłam ciekawa. Byłam cholernie ciekawa co teraz może się dziać w głowie Harrego. Minęła minuta, a on dowiedział się więcej, niż przez całą naszą znajomość.
Jeszcze była Soph, ale ona zbytnio nie przejmowała się panującą wokół atmosferą. Oprócz zawziętego odpinania guziczków, i wysuwania przy tym uroczo swojego języczka, nie robiła kompletnie nic.
-Po… po prostu zależy… -Zawahał się na chwilę, jakby zastanawiając się nad doborem słów- zależy nam ta Tobie. Na Twoim szczęściu.
Zacisnęłam palce na materiale spodni
Styles zaraz się wszystkiego domyśli- nie jest taki głupi. Wystarczy, że poskłada fakty.
Serce mi biło jak oszalałe. Nadal nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele Louis o mnie wiedział, a co gorsza właśnie się tą wiedzą podzielił. Przyswajanie tego, że Hazz będzie tak samo świadomy ,z kim przebywa, jak brunet było wręcz nie do pomyślenia. Zwłaszcza, że z zielonookim łączyło mnie więcej więzi, a jemu samemu zależało na mojej osobie bardziej niż Tomlinsonowi.
Walczyłam z pokusą przywalenia niebieskookiemu w twarz, jednocześnie próbując się nie rozpłakać. Chciałam przynajmniej tłumić swoje uczucia do czasu, gdy przekroczę próg gościnnego pokoju.
Z pozoru w tej chwili mogłam wyglądać całkiem spokojnie. No, może poza małymi detalami, ale gdybym miała porównać to, co się dzieje w mojej głowie do teraźniejszości- mogłoby niektórych zdziwić.
 Nie mam pojęcia z czego wynikało takie zachowanie. Cóż… może z tego, że nie chciałam psuć wieczoru reszcie, lub po prostu nie należałam do osób, które publicznie dzieliły się tym, co czują z innymi.
-Wiem, jak wiele kosztowało Cię…
Cholera jasna Tommo, czy do Ciebie nie dociera?! Ty naprawdę tego nie zauważasz?! Myślisz, że po co założyłam pamiętnik?! Żebyś dorwaniu się do niego, teraz mógł wyrecytować jego każdą część?! Nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo osobistą jest on rzeczą?!
Gapiłam się w ścianę…
Po prostu gapiłam się w ścianę mając na języku cały potok słów. Jednak żadne z nich nie przeszło mi przez gardło… wyduszenie w tej sekundzie czegokolwiek sprawiało mi okropną trudność.
-Skończ.-Nim zorientowałam się, że wypłynęło to z moich ust, w salonie zapanowała cisza.
Z dala można było usłyszeć śmiech Alice w kuchni. Tamta trójka nie przejmowała się niczym. Nawet pewnie nie zdawała sobie sprawy, o czym w tej chwili mówił Louis. Pomieszczenia w tym domu są na tyle duże i przestrzenne, że niczego się nie obawiając można spokojnie prowadzić konwersację na dowolny temat.
Louis nie wyglądał na zaskoczonego. Zresztą on w ogóle nie wyglądał, na kogoś, kto by się czymkolwiek w tej chwili martwił! Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
A Styles?
Mogłam się spodziewać, że będzie siedział w osłupieniu, lecz patrząc na niego spostrzegłam tylko nerwowo pocierające się ręce.
Nim zdążyłam cokolwiek zarejestrować z ust chłopaka wydobyły się trzy słowa.
-On ma rację.-Szepnął, przełykając ślinę.
Moje serce przyspieszyło.
-T-To co się stało z Twoim ojcem i siostrą… powinnaś iść na tą terapią.
Moje oczy zaszkliły się niewyobrażalnie szybko.
Jego litość…ZARAZ, CO?!
Jaka siostra, jaki ojciec?! Przecież Louis tego nie mówił! On tylko mówił o stracie… czy ja dobrze rozumiałam czy…
-POWIEDZIAŁEŚ MU?! POWIEDZIAŁEŚ MU WSZYSTKO?!
Godzinę później…
Poczułam, jak  łóżko zagina się pod czyimś ciężarem.
-A..Asia?- Usłyszałam niepewny Irlandzki akcent.
Nie odpowiedziałam.
Odczucie ciepła bijącego z ciała chłopaka uświadomiło mi, iż na sto procent jest to Niall.
-Czy… Louis lub Harry coś Ci zrobili? Coś o czym powinienem wiedzieć? -szepnął cicho.
Upokorzyli mnie… nie wiem, czy było to właściwym określeniem, ale czułam się przy nich zażenowana.
Palce blondyna delikatnie odsunęły mój kosmyk włosów, a ja zaczęłam bawić się rąbkiem kołdry.
-No tak… to głupie pytanie.-Odchrząknął.- Zejdziesz do nas na dół? Brakuje nam Ciebie.-Bąknął.
Wzdrygnęłam się.
Komu brakuje, temu brakuje. Przypominam, że w pomieszczeniu znajdują się również takie osoby jak Zayn, który mnie zupełnie ignoruje, jak i Lou, który przez jedną godzinę potrafił mnie upokorzyć bardziej, niż przez te 4 miesiące razem wzięte.
-Proszę.-Dodał po chwili ciszy.- Ch-chyba, że chcesz o czymś porozmawiać.-Zawahał się.- Wtedy tu zostanę.
Mocniej ścisnęłam pościel w mojej ręce.
-Ja.-Niepewnie przełknęłam ślinę.-Nie, dziękuję Niall. Doceniam fakt, że tu przyszedłeś i się troszczysz, ale wolę zostać.
-Asiu.-Przybliżył, lecz nadal utrzymywał bezpieczną odległość.- Ja, Li. i cała reszta na pewno nie chcielibyśmy spędzić z Tobą tak ostatniego wieczoru.
Coś ukuło mnie w sercu. Może rzeczywiście nie powinnam swojej złości i bezsilności przelewać na innych, a już na pewno ta takie osoby jak Liam, czy Alice.
-Louis z Harrym już są w pokojach.-Zapewnił mnie.
Odwróciłam się przodem do chłopaka, napotykając jego opiekuńczy wzrok. Gdy napotkał moje zbłądzone spojrzenie, z lekka się przeraził, widząc w jakim stanie jestem, lecz szybko zmienił wyraz twarzy.
-Tylko trochę Cię przemyjemy i już idziemy.-Wymamrotał z lekkim uśmiechem.
Zgodziłam się kiwnięciem głowy, niechętnie ruszając śladami blondyna, który usiłował wstać.
-Jakoś Rose już dawno mogła iść spokojnie do pokoju.-Zaczęłam się z nim drażnić.
-Jestem pewny, że Liam jeszcze zdąży się…- Odrzchąknął, co bardziej przypominało tłumienie śmiechu.- nią nacieszyć …echem… w jednej sypialni.

-Niall!- Skarciłam go.-Jesteś wredny!
Jakoś te słowa nie za bardzo go ruszyły- wręcz przeciwnie- kąciki ust blondyna podniosły się jeszcze wyżej.
-Faceci.-Mruknęłam, siadając na wskazanym miejscu.
-No co! To, że Liam jest na Twoich oczach takim świętoszkiem, nie myśl sobie, że…
-Oh zamknij się, Horan.- Burknęłam, chwilę później czując ciepły i mokry materiał pod moimi oczami.
-Ja tylko stwierdzam fa…
-Powiedziałam Ci coś.-Przerwałam mu.
-Ale…
-I nie myśl sobie, że Rose nie mówiła mi, co robiliście rano przed ich pokojem!- Fuknęłam, co momentalnie poskutkowało zmianą wyrazu twarzy na zupełnie niewinny.
Irlandczyk nie odezwał się, zamiast tego kucając i skupiając się na obmywaniu opuchniętych od płaczu miejsc.
-Co będziesz robić… Z Alice przez ten czas, kiedy nas nie będzie?- „wymijająco” zmienił temat.
-Nie wiem.-Odparłam obojętnie.-Zapewne chodzić do szkoły.-oznajmiłam sarkastycznym tonem.
Przez chwilę panowała cisza. Nie była ona krępująca, a przynajmniej dla mnie, gdyż odpłynęłam myślami, gdy blondyn obmywał ślady zaschniętych łez.
-Niall?
-Tak, kochanie?
Przełknęłam ciężko ślinę.
-C-Czy Nicole zrobiła coś, o czym powinnam wiedzieć? Dziwnie zareagowaliście na dole, gdy o nią spytałam.
Jego ręka szybko zjechała na dół, a twarz lekko zbladła.
-Nie w…
-Tylko nie mów, że nie masz pojęcia, bo i tak będę wiedziała, że kłamiesz.
Horan wstał i udał się do kosza, wyrzucając mokry materiał. Zapewnie robił to tylko po to, aby uniknąć udzielenia odpowiedzi.
Gdy wrócił, twarz miał nadal zamyśloną.
-W..wydaje mi się…um, że nie mnie o tym mówić.-Wymamrotał.
Westchnęłam, stwierdzając, że i tak więcej z niego nie wyciągnę. Niechętnie wstałam, ruszając w stronę schodów.
Gdy już byłam na ich końcu poczułam ciepłą dłoń blondyna na moim ramieniu. Odwróciłam się.
-T..Tylko proszę, nie bądź na mnie zła.- Zająkał się.
Uśmiechnęłam się blado.
-Nie jestem Niall.- Szepnęłam.
Chwilę tak staliśmy w ciszy, poczym skierowałam się do kuchni, gdzie siedziała Alice, wpatrująca się w Liama usypiającego zmęczoną Sophie.
Starałam się nie zatrzymywać wzroku na brunecie, bo jestem pewna, że gdybym dłużej zapatrzyła się na te maksymalnie napięte mięśnie i niechlujnie podwiniętą koszulkę ukazującą kolejne… Whoa! Chyba nie powinnam tak myśleć o chłopaku przyjaciółki, a jednocześnie koledze.
Gdy brunetka zauważyła naszą dwójkę na jej twarzy pojawił się uśmiech. Kątem oka spojrzałam na blondyna, któremu mogę się założyć, że zmiękły teraz nogi. Dyskretnie go szturchnęłam, jednocześnie kierując się w stronę wolnego krzesła barowego obok dziewczyny. Moje plany szybko zmienił Liam, który wskazał gestem ręki, abym do niego podeszła. Zostawiając skołowanego Irlandczyka ruszyłam do bruneta.
Gdy się zbliżyłam, dostrzegłam w oczach niemałą troskę.
-Asia… Lou i Hazz mają swój własny świat. Ja naprawdę Cię za nich przepraszam, nie ch…
-Nie ma problemu …ja..nic się nie stało. To nic poważnego.-Uspokoiłam go, jednocześnie przykuwając uwagę małej, która zaczęła się mi przyglądać.
Wyraz twarzy Daddy’ego złagodniał.
-Po prostu… Oni czasem umieją coś powiedzieć, przy tym nie myś..
-Rozumiem, Li, rozumiem.-Położyłam mu rękę na ramieniu, co chyba Soph wzięła za gest wzięcia na ręce i wyciągnęła swoje rączki do mnie.
-Sorry, nie dość, że przeszkodziłam, to jeszcze ją rozbudziłam.-Powiedziałam zawstydzona.
-Spokojnie.-Uśmiechnął się, podając mi dziewczynkę.
Odebrałam ją, nie za bardzo wiedząc co zrobić. Jednak Sophie szybko zadecydowała za mnie, naciskając całym swoim ciężarem ciała w stronę ogrodu.
-Co? Chcesz wyjść?- Zapytałam zdezorientowana.
-Jest już późno skarbie.-Zwrócił się do niej Payne.
Wnioskując z jej dalszego zachowania, chyba te słowa niewiele do niej dotarły.
Cicho wzdychając otworzyłam drzwi od balkonowe, stawiając małą na twardym podłożu.
-Widzisz, zimno jest.-stwierdziłam, jednak ona stawiała na swoim, wskazując na wolno wędrujące chmury i wyłaniający się zza nich księżyc. Odeszła kawałeczek kierując się oświetloną ścieżką wśród krzewów.
Po raz kolejny tej minuty westchnęłam, i zwróciłam się do Liama:
-Przejdę się z nią na chwilę… nie wiem, czy jest sens przynoszenia kocy, czy czegoś na przebranie.-Przeczesałam włosy.- Nie… chyba jednak nie, zaraz wrócimy.-Uśmiechnęłam się blado.
Chłopak cicho przytaknął.
-No to So…- Odwróciłam się, a moja twarz momentalnie zbladła.
Dziewczynka zniknęła z pola widzenia.
-Sophie?- Pognałam ścieżką, gdzie widziałam ją po raz ostatni.
Serce zabiło mi szybciej.
Nie mogła uciec daleko…
-Soph?- Zapytałam, zrozpaczona stojąc na rozwidleniu dwóch dróg.
Szybko ruszyłam w jedną z nich, starając się uspokoić.
-Sophie gdzie jesteś?-Teraz to zaczęłam już biec.
Ogród był niesamowicie wielki, więc mała mogła być wszędzie. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może się kręcić blisko basenu. O nie, to byłby najgorszy scenariusz.
Już sama nie wiedziała, gdzie idę. Jedyne, co wydawało mi się znajome, to widniejące w oddali hamaki, ale i tam nie wiedziałam żadnego cienia.
Krzyknęłam jeszcze raz jej imię, lecz w odpowiedzi otrzymałam tylko moje własne echo.
Biegłam w coraz mniej mi znane zakątki. Już częściej zamiast kwiatów i małych krzaków pojawiały się porozrzucane gdzieniegdzie  drzewa. Ta scena cholernie mi coś przypominała, ale nie mogłam sobie przypomnieć co. Ja tu kiedyś byłam…
W pewnej chwili coś usłyszałam… lecz równie dobrze mogła to być Soph jak i błąkający się królik.
-Sophie?- Powiedziałam niepewnie.
Usłyszałam ciche, dziecięce skomlenie. Teraz już byłam pewna, że to jest ona.
Była gdzieś blisko.
Zboczyłam ze ścieżki i ruszyłam w stronę małego źródełka.
-Gdzie jesteś?- No tak… pytam się kilkuletniego dziecka o takie rzeczy.
Mała zamiast odpowiedzieć wydała z siebie pisk.
Serce wręcz podeszło mi do gardła.
-Soph?!
Moim szczęściem miałam na sobie tylko skarpetki, już pomijając fakt, że nie założyłam żadnej bluzy czy płaszcza, gdy temperatura mogła wynosić nie więcej niż 10 stopni.
 Usłyszałam jakieś niewyraźne słowo, padające z ust brunetki. Oznaczało to, że musiała być bardzo blisko…. Możliwe, że parę metrów ode mnie.
-Sophie.-Zaczęłam rozpaczliwym tonem.-Proszę powiedz coś.
Zaczęłam biec. Szczerze? Nawet nie wiedziałam gdzie. Wydawało mi się, że może w tamtym kierunku ją znajdę. Zajrzałam za najbliższe krzaki. Drzewo. Ozdobą ogrodową- ani śladu.
-So…- Przerwał mi cichy głosik dziewczynki. Znieruchomiałam.
To już nie było kilka metrów. To były centymetry.
Odwróciłam się gwałtownie.
Oczekiwałam wszystkiego… wszystkiego, ale na pewno nie jego. Byłam pewna, że moje serce w tej chwili bije wszystkie możliwe rekordy Guinnessa.
Słowa niekontrolowanie wypłynęły z moich ust, tworząc delikatną mgłę.

-Zayn. -Szepnęłam.

07 marca 2014

~Rozdział 46~

To już 13 lat… równo 13 lat.  Ja wciąż tęsknię (...) Łusiu. (...)
Wolnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi.
-Louis? (...)
-W rzeczy samej. (...)zaraz wszystko mi wyjaśnisz. (...)
-A tak w ogóle to co cała na czarno jesteś, jakbyś jakąś żałobę miała?- Parsknął zza ściany. (...)
Oj Loulou, gdybyś wiedział, ile w tych słowach jest prawdy… (...)
-Wiesz… znamy się od wakacji, a tak naprawdę nic o Tobie nie wiem. (...) jakie masz zainteresowania? (...)
-Nie mam zainteresowań.- wymamrotałam, mając przed oczami wspólną jazdę konną z tatą. (...)
-Skąd wiesz, że lubiłam jazdę konną? (...)
-Chciałbym kiedyś zobaczyć, jak jeździsz. (...)
- i tak nie zobaczysz (...)
-Nie LouLou, nie o to chodzi. Po prostu… nie wszystko jest takie oczywiste i proste jak Ci się wydaje.-gestykulowałam dłońmi, dopóki nie poczułam jego ciepłych ramion wokół siebie.
Przerwałam, teatralnie chrząkając.
-A Tobie… co się stało?
-Nazwałaś mnie LouLou.- powiedział miękkim głosem, a ja mogłam przysiąc, że się uśmiecha.
Zarumieniłam się lekko.
-Um… a co to…Er…wnosi?
-Tak mówią tylko Ci wyjątkowi.-głos chłopaka zmienił się na bardziej chłopięcy.
-Huh… czyli rozumiem, że nie mogę się tak do Ciebie zwracać.-szepnęłam.
Cisza.
-Dlaczego najbardziej rzucająca się w oczy część jest pusta?- przerwał moje przemyślenia.
-Nie jest pusta.- szepnęłam wlepiając oczy w nerwowo ściśnięte dłonie. (...) -Tutaj leżą…- zagryzłam wargę.- wspomnienia.-dokończyłam ciszej. (...)
-A czy mogę się dowiedzieć.- zrobił krok do przodu.- Co to za wspomnienia tam leżą?
Zaprzeczyłam.(...)
-Nie lubię o tym rozmawiać(...)
Teraz [jego oczy] przeniosły się na pamiętnik, który zostawiłam, w pośpiechu schodząc na obiad.
-A to co? 
-N..nic.- ze strachem w oczach wpatrywałam się w idącego ku mnie chłopaka. (...)
-Gdyby nie było na tyle ważne, nie ukrywałabyś tego za plecami. (...)- to są te… wspomnienia? (...)
-T..tak.- wydukałam. (...)
-A Ty mi nie ufasz? (...)
-Lou..Louis.- wychrypiałam.
Brunet podniósł załzawione oczy spod pamiętnika.
-T… To była Twoja siostra, prawda? -wyszeptał.


Ważna notatka pod rozdziałem.
W tamtej chwili cały świat stanął mi przed oczami. Równie dobrze ktoś  by mógł mi wbijać sztylet w plecy. Pięć słów… pięć słów zmieniających wszystko.
Przede mną siedziała osoba, która znała każdy szczegół. Wiedziała o moich uczuciach. Doskonale znała opis każdej z otaczających mnie osób. Przeczytała każdą linijkę o niej samej i innych. Widziała moimi oczami…
Czułam się tak… zażenowana? Tak, to najtrafniejsze określenie. Miałam wrażenie, że wszystkie tajemnice i wspomnienia zostają wypisywane na ścianach. Stają się widoczne dla ludzi. Każdy może mnie przejrzeć. Chodzę po ulicy z wymazanymi na czole uczuciami…
Chciałam uciec. Nic więcej.
Jak ja mu w oczy spojrzę?
To tylko sen, prawda? On nic nie otworzył, on nic nie przeczytał, on nic nie wie!
Co teraz o mnie myślał? Jakie myśli mogły się kłębić w jego głowie? Przewaga i duma, że wreszcie mnie rozgryzł? Od tamtej chwili mógł szantażować, że powie komukolwiek.
Czy może ból, zaskoczenie, smutek, współczucie? Nie spodziewał się po mojej osobie takiego życiorysu…
I co teraz? Ucieknie? Zostanie? Być może to ostatnia wizyta chłopaka w tym domu. Z pół sierotą nie warto się przyjaźnić. Nie mogę mu popsuć reputacji. Było też drugie wyjście, w końcu on też był człowiekiem. Miał uczucia i wiedział jak to jest. Przytuli? W ogóle nie ruszy się z miejsca?
Spojrzy na mnie tak, jak kiedyś? Czy może od tej chwili wszystko się zmieni, będzie analizował każde słowo, nie chcąc mnie zranić.
Wolno zamknęłam oczy. Próbowałam uspokoić oddech. Próbowałam uspokoić na nowo napływające łzy. Próbowałam uspokoić moje ciało, które drżało. Niestety; w tej chwili nic nie mogło przywrócić dawnych zachowań.
Zegar, jakby dla podkreślenia zaistniałej sytuacji głośno wymierzał każdą sekundę. Przynajmniej on wypełniał wiszącą w pomieszczeniu ciszę i oczekiwanie przed niewiadomą.
Niepewnie uniosłam powieki. Przez łzy widziałam, jak chłopak siedzi zgarbiony na łóżku, dokładnie jak przed paroma minutami. Tępo wpatrywał się w zapisane strony, co jakiś czas je kartkując. Już teraz było mi wszystko jedno. Znając moją przeszłość mógł czytać wszystko, co czuję. Teraźniejszość była tu mało istotna, bo przecież wszystko, co przeżywałam; miało swoje początki zamierzchłych czasach.
Mina Louisa wyrażała ogromny ból. Można to było dostrzec już po samych łzach. Czyli stawiając na współczucie nie przeliczyłam się…
Spuściłam głowę, zdając sobie sprawę, że jego błękitne, szklane tęczówki kierowane są w moją stronę. Stałam i czekałam, aż wzrok zacznie mi się wyostrzać, co oznaczałoby powracanie organizmu do codziennego stanu. W tej chwili nawet poobgryzane z nerwów paznokcie wydawały się godne zainteresowania.
-Przepraszam.- usłyszałam słaby głos gdzieś z naprzeciwka.
Wzdrygnęłam się. Jeszcze taki ton chłopaka nigdy nie doszedł do moich uszu.
Pełna skrucha, żal, smutek i współczucie…
Jednak z moich ust nie wydobył się żadnej dźwięk. Wciąż górowało mną zaskoczenie, zażenowanie i totalne zawstydzenie.
Z drugiej strony… co mu miałam odpowiedzieć? Tak po prostu „nic się nie stało”, czy „wyjdź”. Kierowana emocjami zapewne odpowiedziałabym to drugie, dlatego wolałam ochłonąć.
-To…- wydukał.
Wydawało się, jakby każde słowo sprawiało mu trudność; a u mnie powodowało dodatkowe dreszcze.
Zrobiłam jeden malutki krok; krok w tył. Chłopak nie zauważył tego. Moim jedynym  celem było teraz ulotnienie się. Plusem całej sytuacji było zaskoczenie malowane na twarzy bruneta, które ułatwiało mi mój zamiar.
Drżącymi rękami, Lou opuścił pamiętnik.
Serce biło mi jak oszalałe.
-Dlaczego…- z trudem przełknął ślinę. Zaczerwienione oczy mówiły same za siebie. Lekko drgające usta, nie potrafiące skleić nawet jednego sensownego zdania; coś czuję, że ten widok długo pozostanie w mojej pamięci.
Jeszcze jeden krok. Jeden malutki krok i staniesz na progu drzwi.
Ścisnęłam dłonie, kiedy niebieskie tęczówki powędrowały w moją stronę. Tommo był jednak w zbyt wielkim szoku, by zarejestrować, gdzie znajdują się moje stopy.
Nim jego wargi otworzyły się po raz czwarty, mnie już nie było. Zbiegałam po schodach, modląc się o uniknięcie jakichkolwiek upadków, czy choćby potknięć. W tej chwili liczyły się sekundy. Sama nie wiedziałam co robię. Nie przybrałam swojego celu, po prostu wiedziałam, że chcę być jak najdalej od chłopaka. Ostro skręciłam w stronę korytarza prowadzącego do drzwi. W tamtej chwili choćby nałożenie butów wydawało się zbędne. Z impetem nacisnęłam klamkę, czując szumiącą w uszach krew.
Zimno, które panowało na dworze; nawet nie uderzyło mnie tak bardzo, jak myślałam. Może to wydarzenia mające miejsce parę minut wcześniej dały mi w kość tak bardzo, że temperatura wydawała się czymś błahym? Jedynym odczuwalnym skutkiem okazały się być gołe stopy, które naciskając na wilgotne, nierówne podłoże tworzyły nowe, bolesne rany.
Nawet nie pamiętam, czy słyszałam za sobą głos Louisa. Bardzo prawdopodobne, że chłopak po prostu nie zdał sobie sprawy z mojego zniknięcia. Szok, jaki spotkał Tomlinsona po przeczytaniu pamiętnika  nie wydawał się niczym gorszym z moim odejściem.
W biegach szkolnych zawsze byłam przeciętna; ale czyż taka sytuacja nie sprzyjała wzrastającej adrenalinie?
Mijając zaskoczonych przechodniów wreszcie dotarłam do parku. Uznałam, że jest to najodpowiedniejsze miejsce, aby ostatecznie móc uciec z oczu Louisowi. Prawa noga pulsowała mi szczególnie dociekliwie, z czego mogłam wywnioskować, że albo źle stanęłam, albo wbiłam sobie jakiś przedmiot doświadczenia zapamiętując, do jakich reakcji jestem zdolna na widok krwi; modliłam się o to pierwsze.
Szara i pochmurna pogoda w Londynie nie zachęcała mieszkańców do spacerów o tej porze roku; dlatego też wkraczając w kolejne alejki  coraz rzadziej przechodziłam obok spacerowiczów. Jedynym obiektem który dodawał urok temu miejscu były dające delikatnie żółtawe światło- latarnie. 
Moje nogi stosunkowo zaczęły zwalniać. Teraz jedynie mogłam sobie pozwolić na wolny trucht, co jakiś czas oglądając się za siebie w obawie przed brunetem.  Zakręciłam w kolejną wąską ścieżkę. Przy tym etapie drogi zaczęłam odczuwać pierwsze skutki temperatury. Miałam na sobie jedynie czarną koszulę, zrobioną z przewiewnego materiału. Naciągnęłam jak najwyżej rękawy, co mimo to dało więcej poczucia bezpieczeństwa, niż ciepła.
Upewniając się, że nikogo nie ma w okolicy; usiadłam na drewnianej ławeczce. Już teraz było mi wszystko jedno, co przemoknie, a co nie. Moje skarpetki nadawały się jedynie do wyrzucenia, wyglądając jak dwie, zmokłe szmatki. Na dodatek na jednej z nich widniała dość pokaźna, wręcz bordowa plama.
Tak, moje szczęście…
Próbując zdjąć  mocno przylegający materiał; syknęłam z bólu. Jego zsunięcie wiązało się z pogłębieniem rany, której przyczyną był wbite szkło. Ruszając stopkę- ruszyłabym odłamek. Niechętnie, aczkolwiek delikatnie  z powrotem  ją nasunęłam.
Podkulając maksymalnie nogi, ułożyłam się w wygodniejszej pozycji. Mimowolnie zadrżałam, kiedy po raz kolejny poczułam chłodny wiatr świszczący pomiędzy drzewami.
Zaczęłam rozmyślać nad tym co się wydarzyło. Gdzie był teraz Louis, czy zawiadomił resztę, a co gorsza: powiedział co znajdowało się w tym pamiętniku?
Podparłam głowę o kolana.
Może Tommo nadal tam siedzi, czytając do końca wszystkie przelane na papier uczucia? Zresztą…co to zmieni? I tak byłam upokorzona, i tak. Zbyt dużo wiedział. Mógł przewidzieć każdy mój ruch. To tak jak gra w statki. Jeden gracz zna tylko swoje pole- drugi oba.
Już przegrałam…
Po prostu… byłam typem samotniczki. Nie lubiłam się dzielić emocjami, odczuciami i wspomnieniami. Z drugiej strony; choć tak bardzo nienawidziłam ludzi, to chciałam mieć z nimi kontakt. Potrzebowałam przytulenia i tej świadomości, że jestem dla kogoś ważna. Niestety takiej świadomości nigdy nie dostałam. Albo byłam ślepa…?
Jestem ciekawa co by się stało, gdybym jednak została w tym pokoju. Jak zachowałby się Tomlinson? Jego wcześniejsze zachowanie dało mi trochę do zastanowienia. Chciał mnie dotknąć, ale w ostateczności chował ręce za plecami. Wziął mnie pod swoje ramiona tylko raz, gdy wypowiedziałam „LouLou”, a w dodatku dał mi do zrozumienia komu nie ufa……
„-Nazwałaś mnie LouLou.” (…)Tak mówią tylko Ci wyjątkowi.
-Huh… czyli rozumiem, że nie mogę się tak do Ciebie zwracać.-szepnęłam.
Cisza.

Godzina … choć nie, może to były dwie, może trzy godziny później…
Siedziałam; myśląc o wszystkim i o niczym…
Moje powieki robiły się coraz cięższe. Słońce już dawno zaszło za horyzontem, a jego rolę zstąpiło już wyraźniejsze światło latarni. Wolno oddychałam, starając się zignorować nasilający się ból w prawej stopie. Spojrzałam na sine z zimna ręce; starając się jeszcze bardziej naciągnąć rękawy.
O tej porze rzadko kiedy zjawiali się jacykolwiek przechodnie.
Powoli układałam sobie plan powrotu do domu. Jeśli miałabym spotkać Louisa, to byłoby to ostatnie miejsce, w którym by się zjawił. Przynajmniej miałam taką nadzieję…
Nie wzięłam komórki, więc nie miałam pojęcia, która może być godzina.
Bałam się nałożyć nacisk na zranioną stopę. Teraz każdy krok mógłby mi sprawiać trudność, czego obawiałam się najbardziej.
W oddali usłyszałam jakieś kroki. Kolejny spacerowicz…
Wyprostowałam się nieco, starając się nie wyglądać jak bezdomny. Dłonią zakryłam zakrwawiony materiał dążąc do w miarę przyzwoitej postawy.
Podniosłam wzrok, co było w tej chwili największym błędem. Zanim zdążyłam go w powrotem opuścić, sylwetka chłopaka była kilka metrów ode mnie. Widziałam jego cień- tuż przed sobą. Moje serce znów wypadło z dawnego rytmu.
-Jesteś.- Do moich uszu doszedł głos przepełniony bólem, ale i ulgą.
 Nie miałam jednak odwagi, by mu odpowiedzieć. Nie miałam odwagi, by nawet ponownie zajrzeć mu w oczy.
Widziałam, że każda jego cząstka ciągnie ku mojej osobie; jednak on sam się wahał. Nadal stał w miejscu. Po chwili wyjął telefon, i szybko coś klikając przyłożył do ust.
-Znalazłem ją.- szepnął, zakończając połączenie.
Wzdrygnęłam się.
Czyli jednak im powiedział…
Ciekawe tylko jak dużo…?
-Asia…- podszedł najbliżej jak się dało. Przez chwilę nawet poczułam, jak otacza mnie ciepła aura; bijąca od ciała chłopaka.
Ale to nie było to samo, co przy Niall’u…
Lekko zagryzłam wargę.
Byłam ciekawa; dlaczego w porównaniu do reszty chłopaków bał się mnie choćby dotknąć?
Widziałam, jak nogi bruneta się uginają.
Kucał; spojrzenie nieuniknione.
Nie, nie, nie!
Spojrzał na mnie swoimi lekko niebieskimi oczami. Płakał..
Nie wiedział, gdzie podziać ręce, w ostateczności zatrzymał je przy sobie. Głośno przełknął ślinę. Wiedziałam, że lada moment, i ja się rozpłaczę.
Miał niechlujnie poukładane włosy, przeczesane lekko do tyłu, jakby co chwila próbował je zmierzwić ze zdenerwowania.
Przeniosłam wzrok na jego twarz, próbując wyczytać cokolwiek.
Jak zawsze trzymał swoje  uczucia za maską, ale tym razem…
…tak, chyba mu się nie udało.
Szok, ból, niepewność i troska- To jedyne, co w tej chwili byłam w stanie odszukać.
-Nigdy więcej tak nie rób.-szepnął, cały czas próbując powstrzymać wypływające łzy.
Wiedziałam, że się czegoś obawia. To był… dotyk? Czy to możliwe? W sumie to nie wiem dlaczego, ale najwyraźniej tak.
Tak więc to ja postanowiłam zrobić pierwszy krok. Wyciągnęłam szorstką i lodowatą dłoń; kładąc na jego policzku. Z początku poczułam, że i jego przeszły dreszcze. Zresztą, kontakt z ciałem chłopaka też był dla mnie nowością; w małym stopniu. Skóra bruneta była ciepła, ale i delikatna. Gdy się zjeżdżało  trochę niżej, można było poczuć kujący, kilkumilimetrowy zarost. Na tyle sięgała moja ręka. Dalej nie mogłam się posunąć. Widziałam, na twarzy Louisa, mimo łez, zjawił się cień uśmiechu. Niepewnie wyciągnął dłoń i położył na mojej. Następnie posunął ją wzdłuż linii szczęki, i zbliżając do warg, ucałował jej wewnętrzną część.
 Przeszedł  mnie drobny delikatny dreszcz. Otulona wewnętrznym ciepłem lekko uniosłam kąciku ust ku górze.
Chłopak powolnym ruchem zaczął zdejmować dżinsową kurtkę; po czym subtelnym ruchem umieścił dokładnie zakrywając ramiona; obojczyki i plecy.
-Nie pozwól, żebym kiedyś ponowne się tak martwił, jak dzisiaj.-wyszeptał. -Chcesz wrócić do domu?
Kiwnęłam głową, w myślach kombinując jak zakryć zranioną nogę.
Każde słowo bruneta było wypowiedziane z ostrożnością; zaś słowa jakby dobierane i dziesięć razy przeanalizowane, czy są odpowiednie.
Lou wstał i zerknął niepewnie w moim kierunku.
Odchrząknęłam.
-Jak chcesz, możesz już iść. Zaraz do Ciebie dojdę.-bąknęłam nieśmiało.
Tommo, słysząc pierwsze jak dotąd moje słowa wzdrygnął się.
-Słu…- jego oczy zjechały na pobarwiony od krwi materiał. Złapał się za skroń mamrocząc niewyraźne wyrazy.
-To nic takiego.-dodałam widząc reakcję Tomlinsona. Nawet postarałam się o wiarygodny ton, który skutkując po następnych zdaniach niewiele dał.
-T..To przeze mnie, prawda?
Przełknęłam ślinę.
-Oj Lou.- zaśmiałam się nerwowo.- Wiesz do czego jestem zdolna; umiem się potknąć o byle co.
-To przeze mnie.-powtórzył, jakby te słowa zupełnie do niego nie dotarły.
Przetarł twarz, kierując swoje tęczówki wprost na mnie.
Nie odzywałam się, czując jak tempo mojego serca po raz kolejny w tym dniu wybija się z rytmu. Milczałam, czekając na ruch ze strony chłopaka.
-Mogę zobaczyć?- ponownie przykucnął.
Przytaknęłam lekkim kiwnięciem.
Delikatnie uniósł zranioną stopę i zaczął oglądać ze wszystkich stron. Syknął, jakby chcąc sprowadzić na siebie cały ból. Zapewne do tego jeszcze doszła świadomość, że on jest temu wszystkiemu winny, choć wcale tak nie było.
-Z tym trzeba iść do lekarza.
Zbladłam.
-Nie Lou, to zwykłe zadraśnięcie.-wydukałam, starając się nie myśleć o tym miejscu, gdzie codziennie umiera tyle ludzi. Gdzie jest tak szaro. Gdzie leżysz obok tych, którym serce w każdej chwili może stanąć.
-Proszę.-pisnęłam, zdając sobie sprawę, jak żałośnie zabrzmiał mój głos.
-Ale Asia, sam tego nie opatrzę. Mogę co najwyżej zabandażować Ci miejsce wokół tego szkła, ale do wyjęcia potrzebna jest fachowa pomoc.
-Po prostu… to wyjmiesz.- zacisnęłam powieki, starając się nie myśleć o tym, co mnie czeka w domu.
-A jeśli są tam inne odł…
-Louis.-chłopak wyłapując błagalne spojrzenie- uległ.
Usłyszałam ciche westchnięcie.
-To jak chcesz, żebym Cię niósł?
A już myślałam, że nigdy…zaraz, zarz: CO?!
Gwałtownie potrząsnęłam głową.
-Nigdzie nie będziesz mnie nosić!
-A chcesz dzisiaj dojść do tego domu?- parsknął.
-Żartujesz sobie, wtedy już na pewno zwrócimy na siebie uwagę, już nie mówiąc o wizycie w szpitalu!
Tommo wypuścił głośno powietrze. Po minie chłopaka stwierdziłam, że nie za bardzo się przejął moimi piskami. Przeniósł swoje ręce na boki głowy, jakby uporczywie myśląc, jak wybrnąć z całej sytuacji. Zaczął chodzić w tę i z powrotem, a ja bacznie obserwowałam każdy jego ruch. W końcu przystanął, a wyraz twarzy bruneta nie wskazywał nic dobrego.
Z błyskiem w oku podszedł do ławki, na której siedziałam. Szybko omiótł mnie wzrokiem. Po chwili bez zawahania schylił się, wsuwając dłonie pod moje… pośladki.
-Jeśli. W. Tej. Chwili…
-Czas najwyższy wracać do domu skarbie.
Godzinę później…
Krwawiąca noga po raz kolejny ledwo co nie spotkała się z twarzą Louisa. Ten, w odpowiedzi przesłał delikatny uśmiech.
-Jeśli chcesz, żebym jeszcze dziś wyjąć Ci to ze stopy to z łaski swojej nie planuj kolejnych zamachów.- mruknął powracając do bandażowania.
Prychnęłam, po chwili automatycznie się prostując.
-M…mama.
-O co Ci chodzi, chętnie z nią zamienię parę słów.- odgłos zamykanych drzwi nie zrobił na nim żadnego wrażenia.
Zagryzłam wargę.
Osobiście uważałam, że takie sytuacje jak ta, są zawsze cholernie niezręczne. Ciało chłopaka również zesztywniało.
-Chyba, że…echem… wolicie spędzić ten dzień…
-Nie no co Ty.- przerwałam.- po prostu…um… nieważne.
-Wiem, przeczytałem.- szepnął cicho.
Co?! To też?!
Fajnie…
-Swoją drogą, dlaczego wszystko przed nią ukrywasz? Przecież to Twoja matka, możesz porozmawiać o wszystkim.
Zacisnęłam palce na pościeli.
-Nie lubię rozmawiać z ludźmi. Uważam, że nikt nie jest godny zaufania, jeśli do tego nie doczytałeś.- syknęłam.
Na jego twarzy dostrzegłam cień skruchy.
Zaraz, co?!
Lou i skrucha… Wydawało mi się
-Przepraszam.-Nerwowo oblizał wargi.-Zresztą o tym te…
Nie dokończył, bo usłyszeliśmy ciche pukanie.
-Asia? Przepraszam, że dziś tr…- zaczęła po polsku rodzicielka.
-O Liam, cieszę się, że…
-Er… Louis.
-Ahh, Louis! Jesteście tacy podobni.- zaśmiała się, a ja miałam ochotę tylko i wyłącznie zapaść się pod ziemię.- W każdym razie…- spojrzała na zabandażowaną nogę, omiatając nas wzrokiem.
-Um… Lou do mnie przyjechał. Niosłam tacę z herbatę na schodach… i…ten…- wskazałam kciukiem na zranioną stopę.
-Rozumiem…- przeczesała włosy.
-To nic poważnego.-Dodał Tommo, starając się zakryć dłonią odłamek szkła i milion zakrwawionych chusteczek wokół.
Kiwnęła niepewnie głową.
-Gdybyście…echem… gdybyście chcieli coś do jedzenia, to jestem na dole.
Przytaknęliśmy, a drzwi ponownie się zamknęły.
-Tace z herbatą, co?
-Ohhh, zamknij się Tomlinson.
15 minut później…
-Rusz się jeszcze jeden raz, a przywiążę Cię do tego łóżka.-burknął.
-Ciekawe c…- syknęłam po raz kolejny, czując jak kolejne kropelki wody utlenionej docierają do głębokiego nacięcia.
-Obiecuję Ci, że znajdę sposób.- uśmiechnął się bezczelnie.
Prychnęłam.
-Ostatnie dwa małe kawałki, wytrzymaj.-I nie czekając wyjął jednego z nich.
-Loueh…
-Ostatnio takie jęki słyszałem ki…
-Nie dokańczaj.
Brunet puścił mi oczko.
-Jeszcze dwie dezynfekcje, i jeden fragment szkła.
-Nie chcę, zostaw to tak.- wyrwałam się.
-A wolisz wizytę w szpitalu?- wstał powolnie.-A tak w ogóle to nie mów, że nie ostrzegałem.- łobuzerski wyraz twarzy mówił sam za siebie.
Zupełnie zdezorientowana obserwowałam kolejne kroki bruneta. Podparłam się na łokciach, i zmarszczyłam brwi. Moje serce zabiło mocniej, kiedy kolana chłopaka wylądowały tuż koło mojej klatki piersiowej.
Tommo zaczął zdejmować bluzę, a ja minimalnie się odsunęłam.
-Louis…- tylko tyle z siebie potrafiłam wydobyć.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
-Spokojnie.- zaśmiał się cicho, lecz mi wcale do śmiechu nie było.
Przyznam, że przez chwilę nawet zaczęłam rozważać opcje ucieczki, bo jego gesty wyglądały dość… jednoznacznie.
Ręce powędrowały do spodni, gdzie zaczął odpinać szelki. Przez kilka sekund zapomniałam, jak się oddycha. Zamknęłam oczy, odliczyłam do pięciu i uniosłam powieki- widok ani trochę się nie zmienił.
Lou przeniósł wzrok na mnie. Powoli się schylił. Mocno zacisnęłam usta. Jego wargi znalazły się przy moim prawym uchu.
-Obiecałem, że Cię tu przywiążę kotku.
Godzinę później…
-Wszystko zdezynfekowane, zabandażowane, wyrzucone i uporządkowane.- Loueh klasnął w dłonie.
-Świetnie.- mruknęłam.
-Ohhh, no jeszcze się fochasz?
Niebieskie tęczówki momentalnie powędrowały w moją stronę.
-Nieeee, bo to ja znam wszystkie Twoje tajemnice, i nie ja leżę przywiązana szelkami do łóżka.-wybuchłam.
-Shhh.- chłopak zaśmiał się.- Pokój dalej leży Twoja mama, nie chcesz, żeby się obudziła.
-Pokój dalej to ja mam łazienkę. -burknęłam.
-Ojej no to dwa pokoje dalej, co za różnica.
Prychnęłam.
-No więc widzisz.- uniósł ręce.- A tak w ogóle to mogę Ci zrobić zdjęcie?
Po raz kolejny spróbowałam wykonać jakikolwiek ruch, ale element ubioru Louisa automatycznie wbił się w brzuch.
-Po co Ci moje zdjęcie, leżącej i przywiązanej.
-Wyglądasz tak niewinnie.-zagruchał, a ja tylko przewróciłam oczami.
-Spadaj.
-Okej… już idę.- podążył w stronę drzwi.
-Nie, czekaj!- odwrócił się z wymalowana na twarzy satysfakcją.-Odwiąż mnie najpierw!
-A co za to dostanę?
10 minut później…
Siedziałam na łóżku, próbując rozmasować pulsujące części ciała, gdy chłopak z satysfakcją przeglądał galerię swojego telefonu, gdzie widniała moja osoba. Przez chwilę coś klikał, zablokował komórkę i odwrócił się do mnie.
-I jak? -Albo był świetnym aktorem, albo… nie drugiej opcji nie było. Musiał być świetnym aktorem, to ten zatroskany wyraz twarzy coś średnio mu pasował…
-Świetnie!- Odparłam sarkastycznym tonem.
-Widzisz? Mówiłem, że już po…- Widząc moje spojrzenie automatycznie ucichł.
Podrapał się po karku, kiedy  po raz kolejny próbowałam się wyprostować.
-No dobrze, usunę to zdjęcie.- westchnął.-Nawet przy tobie.- dodał.
Starając się wyglądać na mało przejęto zignorowałam go. Zeszłam z materaca i ruszyłam w stronę szafy. Wyjęłam pierwszą lepszą bluzę i nałożyłam na siebie. Dla zabicia czasu jeszcze podeszłam do lustra, poprawiając już i tak skołtunione włosy. Przeczesałam je palcem, dając…. Hmmm… gorszy efekt, ale było mi już szczerze mówiąc: wszystko jedno.
-Asiaaaa.
Zacisnęłam usta, słysząc z boku ciche westchnięcie.
-Nie powinnaś nadwyrężać nogi.-wysilił się na poważny ton, co ponownie spowodowało morderczy wzrok w stronę chłopaka.
-No dobrze… tak na serio, to powinnaś się już kłaść spać.- Mój poker face nasilał się z każdą sekundą.-Hej, tym razem nie kłamię.- uniósł ręce.-Po prostu…- zawahał się.- Dużo dziś przeszłaś.
Spuściłam głowę.
-Przepraszam.- po raz kolejny tego dnia ( a właściwie to już nocy ) usłyszałam to słowo padające z ust bruneta.
-Nie Louis, po prostu…
-Chcesz o tym pogadać?
20 minut później…
Siedziałam na łóżku, czekając na Louisa, który lada chwila miał przyjść. Wytarłam od niechcenia mokre końcówki włosów. Wstając, zasłoniłam zasłony, zapalając w rogu małą lampeczkę.
-O, już się umyłaś.- Zza drzwi wyłoniła się głowa Tomlinsona. Po chwili widoczna była już cała sylwetka. Chłopak trzymał w ręku dwa kubki z parującą herbatą.
Delikatnie się uśmiechając,  przeniosłam się z powrotem na materac, gdzie już swoje poduszki układał Lou.
-Udało mi się nie obudzić Twojej mamy.- odparł dumnie.- Co prawda o mało nie potknąłem się z tym wszystkim na schodach…- bąknął podając mi gorący napój.
Podziękowałam cicho i ułożyłam się obok niego.
-Jak tam stopa? -Ponowił próbę nawiązania tematu.
-Lepiej.-odchrząknęłam. -Lou, jeśli chcesz o coś zapytać, to po prostu to zrób.
Tommo nerwowo zacisnął dłonie.
-Ja..myślę… ten.. Um.. przepraszam, rzadko zdarza mi się rozmawiać na takie tematy.- Zmierzwił włosy.- Teoretycznie już wszystko wiem, jednak… Er… Wolę usłyszeć to od Ciebie.
Zagryzłam wargę.
-Przepraszam… po prostu nigdy nie patrzyłem na to z takiej strony… Znaczy, my… domyślaliśmy się, jeśli chodzi o Twoją przeszłość, ale żaden z nas nie wyobrażał sobie…- Podrapał się po karku-… takiej historii. I….o Bosh… kiedy do Ciebie dziś wszedłem i zażartowałem z tej żałoby…ja…
-Tylko po raz kolejny nie mów, że przepraszasz.- uśmiechnęłam się blado.
Przez chwilę jego kąciki ust powędrowały ku górze.
-Nie zdawałem sobie sprawy… przepr…
-Louis.- położyłam mu rękę na ramieniu.
Chłopak trzymał w ręce rąbek swojej koszuli.
W pokoju zapanowała cisza od czasu do czasu przerywana tykaniem zegara i naszymi oddechami. Tommo najwyraźniej był nadal lekko skrępowany, a ja? Hmmm myślami powędrowałam gdzie indziej. Nie do końca umiałam zdać sobie sprawę z tego co się dzieje. Ta świadomość, że chłopak siedzący koło mnie wie… kompletnie wszystko… ugh… to dobijające.
-Co czujesz?- Spytał cicho.
-C..co? -Lekko zbita z tropu, otrząsnęłam się z transu.-Co masz na myśli Lou?
Brunet wzruszył ramionami.
-Po prostu… jak się z tym wszystkim czujesz? Nigdy nie miałem styczności z osobą, która by tyle przeszła.- Sprostował.
Och.
Zaskoczona pytaniem, spróbowałam poszukać w pamięci wszystkie odczucia, i łącząc je wszystkie w całość- ułożyć jedno sensowne zdanie.
-Ja…- zaczęłam.
-Jeśli nie chcesz, to nie mów, i tak nie powinie…
-Nie, jest okay.- przerwałam mu.- Tylko… nie za bardzo wiem, od czego zacząć.-Upiłam łyka herbaty.
-Pewnie za nim tęsknisz.- Odchrząknął.-Sorry, to przecież logiczne.- Poprawił grzywkę.
-Um… Masz rację Lou, tęsknię i to bardzo, ale…er..nie chcę Twojego współczucia; przecież miliony ludzi na świecie ma to samo.- próbowałam się uśmiechnąć, ale wyszedł jakiś grymas.
-Ale Ty trafiłaś się właśnie mi, więc nie zmierzam tak tego zostawić.-Przybliżył się.
-Nic nie zrobisz. Nie cofniesz czasu.
-Ale pomogę Ci go przywrócić.
Zdezorientowana spojrzałam w jego stronę.
-Mówisz teraz o moim tacie, czy o czasie?
-O tym i o tym.
Pokręciłam głową.
-Louis, Ty siebie słyszysz? Chcesz przyw..
-Nie!- Przerwał .-Znaczy…. Nie o to mi chodziło. Ja…ugh… chcę pomóc.
Wzdrygnęłam się.
-Co rozumiesz przez słowo pomoc? Przec…- Chłopak położył swoją rękę na moich dłoniach.
-Chciałbym, abyś z kimś porozmawiała. Wiem, że tego nie chcesz, wiem, że nienawidzisz ludzi, wiem, że nigdy im nie zaufasz, ale zrób to… niekoniecznie dla mnie.-Powiedział na jednym wydechu.
-To nie pomoże przeszłości Tommo.- Wyszeptałam, tępo wpatrując się w ścianę.
-Ale pomoże przyszłości.-Nie dał za wygraną.-Nie chcę, żeby inni nadal Cię tak traktowali. –bąknął, lekko spuszczając głowę.
-Świetnie, może zanim będziemy kontynuować, powiesz mi co jeszcze przeczytałeś?- jęknęłam sarkastycznie.
Chłopak uśmiechnął się, jednak po chwili poważniejąc.
-Wystarczająco, aby wiedzieć co czujesz, i jak bardzo tęsknisz.
-Nie tęsknię.
Brunet posłał mi pełne zdziwienia spojrzenie.
-Znaczy…tak, oczywiście, że mi ich brakuje…- Spojrzałam na nasze dłonie.-Jednak…um… większy ból sprawia mi samo poczucie bezradności.-Zagryzłam wargę.-Ta świadomość…. Wiesz jak to jest, kiedy w jednej sekundzie ktoś jest, a w drugiej już go nie ma. Ja…. Ja nawet nie zdążyłam mu podziękować Louis.-Poczułam napływające do oczu łzy.-Tyle dla mnie znaczył, a jednak nie usłyszał tego z moich ust…i..ni..nigdy nie usłyszy.-Szepnęłam, odczuwając słone kropelki na policzkach.-Był najważniejszą osobą w moim życiu, a nigdy się o tym nie dowiedział. Te..Teraz już jest za późno.-Brunet wyjął z ręki należący do mnie kubek i odłożył go. Chwilę później szybkim ruchem poukładał poduszki do pierwotnej formy, delikatnie kładąc na nich moje ciało. Nadal utrzymując pewną odległość mamrotał jakieś słowa, głaskając po włosach.
Nie był wyraźnie przestraszony. Gdyby na jego miejscu stał Niall, czy Liam to z pewnością ta sytuacja wyglądałaby inaczej. Jednak chłopak - jak od początku spotkania; ograniczył kontakt do minimum. Nie dostrzegałam w jego oczach strachu, czy przerażenia, jedynie zmartwienie.
Potem już niewiele pamiętam. Odwróciłam się na lewy bok; tyłem do chłopaka. Łzy skapywały po moich policzkach, nie mając litości. Wspomnienia przebudziły się jak nowe; jednak każde ze zdwojoną siłą. Świadomość bezradności nasiliła się…
Nie chciałam, po prostu nie chciałam żyć…
Nieokreślony czas później…
-Na pewno.- Jego głos rozchodził się echem po całym pomieszczeniu, co zapewne było wynikiem mojej wyobraźni, która rozbudzała się o czwartej nad ranem.
-Ale ja będę miała wyrzuty sumienia, wypuszczając Cię...- Ziewnęłam.-O.. o tej porze do domu.
Tommo zaśmiał się.
-Oczy zamykają Ci się od trzech godzin, idź już spać, co?- Przede mną pojawiły się trzy sylwetki chłopaka.
Próbując nie ulec pokusie, o której wspomniał Tomlinson, wytężyłam wzrok.
-Możesz zasnąć tutaj.- Odparłam po raz kolejny.
-Ale..-zawahał się.-Proszę, chcę coś załatwić.
-O tej porze?- Uśmiechnęłam się, czego i tak pewnie nie zauważył, bo kołdra zajmowała połowę mojej twarzy.
-Tak, dokładnie.-mruknął.
-Ale…
-A jak zostanę, dotąd jak nie zaśniesz? -Uklęknął koło mojego łóżka, opierając się o nie łokciami.
-T..teeeż.- Coraz cięższe powieki w końcu wygrały, co potwierdził tylko chichot bruneta.
-Shhh, śpij.-Pogłaskał mnie po głowie.
-Mhmm.
-Aha… jeszcze jedno..-usłyszałam zawahanie a jego głosie, przez co przymrużyłam oczy.- Możesz mi mówić LouLou.
______________________________________________
Tym oto akcentem zakończyłam ten rozdział xD Wieeeem, wiem, pewnie nie tego oczekiwaliście, ale zaskoczę was- ja też :c Ehhh już sama nie wiedziałam co piszę ;/
Ale do rzeczy… wiecie, że zwykle nie piszę o jakiś ważnych notatkach, ale ta jest dość wyjątkowa, niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu ;/ Za jakieś półtora miesiąca piszę egzaminy, z tego powodu nauczyciele dosłownie nie pozwalają nam żyć. :c Dlatego chciałabym was ogromnie przeprosić, ale rozdział 47 na pewno nie pojawi się jak to zwykle w przeciągu 2 tygodni. Nie mam pojęcia kiedy go napiszę.. można powiedzieć, że jest to takie małe zawieszenie bloga. Wiem, że okropnie was zawiodłam i dlatego jeszcze raz przepraszam.

Ahhh, bym zapomniała! :D Jak ktoś jest chętny na zlot directioners w Warszawie (ja na pewno będę ;>> ) to zapraszam TUTAJ.